Wczytywanie strony... Proszę czekać...
Home arrow Historia arrow Kapela pocz?tków ulicy Wschodniej
Kapela pocz?tków ulicy Wschodniej Drukuj Wyślij znajomemu
Autor: Maria Szcz?sna Nowakowska i Przemek Sta?czak   
20.04.2008.
Digg!

Del.icio.us!

Technorati!

Wykop

Gwar

U początków tej historii kręci się kwadratowa płyta na adapterze Bambino 4. Jest rok 1973, a pan Władysław Gamoń, serce i dusza Kapeli ze Wschodniej, osłuchuje się z dokonaniami kapel z Czerniakowskiej i Chmielnej.

Kiedy będzie miał 13 lat, jego mama kupi mu pierwszy akordeon – na 32 basy. „Na początku to było takie tirititi – od kolegi z podwórka się nauczyłem. Ale ze trzy miesiące minęły i grałem już parę piosenek”. Grał na tyle dobrze, że rok później rodzice kupują mu „dorosły” akordeon – na 80 basów. Ma słuch absolutny, więc szybko uczy się melodii z płyt gramofonowych. Smykałkę do muzyki dziedziczy po ojcu. „On grał na organkach ustnych, też słuch miał świetny. A głos jaki! Jak tu by przez okno ryknął to by trzy podwórka słyszały.” Kolega z klasy pana Władka gra na gitarze, brat kolegi również – zawiązuje się pierwsza kapela na trzech muzyków. „Jeszcze czasem brat, wiedzą państwo, tego perkusisty z Trubadurów, Mariana Lichmana? No, to jego brat, Henio, pożyczał od Mariana werbelki i zasuwał. Graliśmy czasem tak w parku Śledzia z Cygankami, a tańczyły!” – wspomina pan Władysław. 

Na Placu Dąbrowskiego odbywa się zbieg kapel podwórkowych. Grają sławni Bałuciarze, debiutuje również pan Władysław z kolegami. „O, Bałuciarzy to wtedy z 12 było! A my to tak skromnie, w trójeczkę. Ja – akordeon, dwie gitary, a jeden z gitarzystów to jeszcze tamburyn trzymał. I żeśmy drugie albo trzecie miejsce zajęli.”

U jednej z gitar znaleźli w domu piccolo-banjolkę. W pół roku gitarzysta opanował instrument, a rychło w jego ślady poszedł pan Władysław. „Popatrzyłem jak gra, wziąłem, spróbowałem i jakoś poszło. Do dzisiaj zresztą mam u siebie banjolkę, ale teraz to rzadko na niej gram. Wiedzą państwo, tu człowiek się czymś zajmie, tu na akordeonie pogra i czasu za bardzo na banjolkę nie zostaje. Ale jakbym wziął do ręki, to miesiąc-dwa i jestem w formie.”

Mając po 16 lat grają w muszlach w parkach, np. na Żubardziu. Odwiedzają często Klub Budowlanych, by pograć sobie na ich instrumentach. Tylko jednego brakuje Kapeli ze Wschodniej - skrzypka. Los jednak się do chłopaków uśmiechnął; skrzypek z Bałuciarzy pokłócił się z własną kapelą i przyłączył się do Wschodniaków. „O, to był zawodowiec, wprawdzie już na emeryturze, jeszcze przedwojenny, ale nie byle kto.” Skoro taki człowiek dołącza się do trzech siedemnastolatków, to wiele to mówi o talencie członków naszej Kapeli.

Nie trudno policzyć, że nieubłaganie zbliżał się wiek poborowy. I faktycznie – wojsko rozbiło Kapelę. „Pamiętam, z karabinem na ramieniu, gitarą i dziewczynami się chodziło.”- wzdycha tęsknie pan Władysław. W tym samym czasie umiera skrzypek, co jest gwoździem do trumny Kapeli. Korzystając z okazji Bałuciarze zapraszają do współpracy pana Władka; pogra z nimi 7 lat, ale w końcu odejdzie. „A, nie wchodziło mi to granie. A potem, wiecie, była impreza po weselu. No i wiadomo, trocheśmy popili z chłopakami, wygłupialiśmy się, no w sumie nic nadzwyczajnego. A oni mnie zawiesili, kogoś wyrzucili – i dobrze! Pięciu nas odeszło z Bałuciarzy. No, ale dali nam na odchodne taki bilet, żebyśmy już nigdzie zagrać nie mogli. Wilczy bilet.” Udaje im się jednak zagrać na letnisku w Grotnikach, gdzie wypoczywają robotnicy z zakładów Marchlewskiego; spodobali się na tyle, że zostali przyjęci przez Klub Marchlewskiego na stałe. Szybko jednak umiera jeden z akordeonistów, innego – grającego na banjolce – wyrzucają. Dają ogłoszenie do gazety, że szukają muzyka do Włókniarskiej Braci - zgłasza się multiinstrumentalista, z którym zaczynają grać po całej Polsce. Na Zbiorze Kapel w Przemyślu w 1988r zajmują drugie miejsce. Dobra passa kończy się, kiedy zaczyna podupadać Marchlewski. Trzeba zdać klubowe instrumenty. „No i tak żeśmy kontrabas stracili. Koleś zdał ten kontrabas i wraca na taryfę. A drugi to do dziś na dźwigach robi, a taki malutki jest. Nadrabia.” Koło 1992 r. odchodzi banjolista, któremu ciężko zachorowała żona; Kapela rozpada się po raz drugi. Grają tylko po weselach. Bałuciarze też już prawie nie istnieli. Po rynkach grała bałuciarska dwójka – banjolka i gitara, dołącza się do nich akordeonista a w końcu trafia do tego składu również pan Władek. Szybko umiera banjolka i akordeon, Jurek-filozof, który przychodzi na ich miejsce też niedługo pogra. „Najpierw nie chciałem grać, bo tak w dwóch to jakoś głupio, ale…” – pan Władysław macha ręką. Znają go i rozpoznają do dzisiaj bywalcy rynku Bałuckiego, Dolnego, Barlickiego. Z gitarzystą ostatni raz zagrali we wrześniu 2006r. „W czerwcu tego roku zmarł mi na raka płuc” – twarz chłopaka z Włókniarskiej Braci przesłania ciemna chmura.  Wbrew temu co można by pomyśleć nie był on jednak tylko muzykiem; trenował również judo, był gimnastykiem, troszkę później – gry stworzył Włókniarską Brać – zagrał z jej członkami w filmie „Czerwone węże”, kręconym zresztą w Łodzi, na Przędzalnianej. Pracował też na etacie – choć nie musiał, bo zwłaszcza za Włókniarskiej Braci mógł się z grania utrzymać.

Oglądamy taśmy z 1993r., kręcone przez TVP do dokumentu o łódzkich kapelach. Widać, że pan Władek urodził się na estradę, muzykę ma we krwi i bez grania życia sobie nie wyobraża. Do stycznia nie może niestety śpiewać – nie powinien forsować gardła po operacji. Gdy mówimy, że postaramy się znaleźć dla niego kompanów do grania, zapalają mu się oczy; widać, że to dokładnie to, czego mu trzeba. Wszystkich chętnych do muzykowania z panem Władysławem zapraszamy do siedziby naszej fundacji – na Wschodnią 45, ostatnia klatka po prawo, na parterze.

  Przedyskutuj ten artykuł na forum.   Przeczytaj:(0) postów na forum

Komentarze (0)Add Comment

Napisz Komentarz
mniejsze | większe

busy
 

reklama google

reklama google