Wczytywanie strony... Proszę czekać...
Home arrow Historia arrow To?samo?? ?odzian prze?omu XIX-XX wieku w oczach czasopism warszawskich
To?samo?? ?odzian prze?omu XIX-XX wieku w oczach czasopism warszawskich Drukuj Wyślij znajomemu
Autor: Kamil ?miechowski   
05.11.2009.
Digg!

Del.icio.us!

Technorati!

Wykop

Gwar

Wydawać się powinno oczywistym, iż dziewiętnastowieczna Łódź – niezwykle dynamicznie rozwijający się ośrodek przemysłu włókienniczego oraz metropolia bijąca rekordy w dziedzinie wzrostu liczby ludności, powinna była wzbudzać spore zainteresowanie w oczach redaktorów stołecznych czasopism. Lektura wybranych spośród nich prowadzić może jednak do nader intrygujących obserwacji.

Panorama Łodzi - Piotrkowska/Radwańska - 1900
Panorama Łodzi - Piotrkowska/Radwańska - 1900
Aż do początku lat 80-tych XIX wieku na kartach warszawskiej prasy próżno szukać sporych ilości informacji na temat „polskiego Manchesteru”. Przyczyna takiego stanu rzeczy tkwiła przede wszystkim w dominacji łódzkich Niemców w miejscowym przemyśle oraz życiu kulturalnym miasta. Jak przekonuje historiografia, dziewiętnastowieczna Łódź stanowiła niewątpliwie największe skupisko Niemców w Królestwie Polskim[1]. Stanowiąc gros osadników, którzy przybyli do Łodzi w latach 20 – tych, wytworzyli oni specyficzną atmosferę, dzięki której przez długi okres udawało im się narzucać miastu specyficzne piętno. Wystarczy wspomnieć, że niemiecki był w Łodzi przez wiele lat językiem dominującym[2]. Nie może dziwić więc, iż Łódź w oczach opinii publicznej lat 50/60-tych XIX wieku była przede wszystkim przyczółkiem niemczyzny, w ten tylko sposób stając się problemem krajowym[3].

 

Sytuacja ta zaczęła się gwałtowanie zmieniać w kolejnych dekadach. Z jednej strony napływ siły roboczej z podłódzkich wsi prowadził do stopniowej polonizacji miasta; z drugiej zaś postępujący wzrost liczebności i znaczenia ludności żydowskiej powodował osłabienie „niemieckiego piętna”, charakteryzującego Łódź z połowy wieku.

Kluczowe znaczenie dla zainteresowania stołecznych czasopism Łodzią i jej problemami miało jednak ukształtowanie się w mieście grupki polskiej inteligencji, skupionej wokół ukazującego się, począwszy od 1884 roku „Dziennika Łódzkiego”. Pismo to, redagowane przez Henryka Elzenberga prezentowało nader wysoki poziom i jako jedno z niewielu organów prowincjonalnych czuło się na siłach, by toczyć otwarte polemiki z czasopismami warszawskimi[4].

 

Pojawienie się stałej polskiej gazety w Łodzi przełożyło się w decydujący sposób na skalę zainteresowania prasy warszawskiej problematyką łódzką. „Dziennik” dostarczał całemu Królestwu informacji o życiu „polskiego Manchesteru”; jednocześnie zaś jego redaktorzy i zaczęli podejmować współpracę ze stołecznymi redakcjami w charakterze publicystów i korespondentów.

 

Postrzeganie Łodzi przez pryzmat wielkiego ośrodka przemysłowego, pozostającego jednak w rękach obcych żywiołów – niemieckiego czy żydowskiego, nie sprzyjało zainteresowaniu tożsamością mieszkańców miasta. Poszczególne grupy narodowościowe i kulturowe, tworzące łódzki tygiel, postrzegane były bardziej jako żywioły całkowicie odrębne, rywalizujące ze sobą, aniżeli przenikające się nawzajem. Stołeczne czasopisma dość dobitnie wyrażały brak wiary w możliwość asymilacji ludności niemieckiej, postrzegając ją w kategoriach zagrożenia dla polskości miasta. Obowiązującym był pogląd, wyartykułowany expressis verbis jeszcze u progu lat 80-tych, iż skupienie w jednej okolicy tej masy cudzoziemców uniemożliwia krzyżowanie się i asymilację.[5].

 

W miarę, jak ilość informacji z Łodzi na łamach prasy warszawskiej zwiększała się, zaczęto zwracać uwagę na wewnętrzne zróżnicowanie Niemców łódzkich. Wskazywano m.in., że wrogość wobec polskości miała charakteryzować przede wszystkim świeżo przybyłych; znacznie bardziej podatna na asymilację miała być natomiast ludność długo już w Łodzi zadomowiona. Jednocześnie zaś obowiązywać miała zasada, że im wyższą ma dany Niemiec pozycję społeczną, tym zacieklejszym jest germanizatorem – pisano na przykład, że znacznie łatwiej niż przemysłowcy i majstrowie polonizują się zwykli robotnicy[6].

 

Korespondenci przesyłający relacje z Łodzi byli na ogół rozczarowani brakiem postępów w asymilacji ludności żydowskiej. Jak wynikało z ich obserwacji, miała ona ograniczać się w zasadzie jedynie do wąskich kręgów inteligencji, na polu działalności gospodarczej Żydzi ciążyli zaś na ogół ku Niemcom. Proces asymilacji do polskości społeczności żydowskiej i niemieckiej w Łodzi nigdy nie osiągnął rozmiaru, który zaspokajałby nadzieje redaktorów i współpracowników stołecznych czasopism.

 

Natomiast zdecydowany sprzeciw wzbudzać musiało przechodzenie niektórych przedstawicieli ludności polskiej do kultury niemieckiej. Przykłady tego zjawiska piętnowano z całą mocą i posługiwano się nimi celem udowodnienia tezy, o rzekomo germanizatorskiej działalności społeczności niemieckiej w Łodzi. Ofiarą tego niemczenia mieli oczywiście być – paternalistycznie traktowani – robotnicy fabryczni; oprawcami zaś – przemysłowcy i kadra techniczna obcego pochodzenia. "Łódź już żeśmy przywykli od dawna – pisała „Prawda” w 1887 roku – uważać za wielką retortę, służącą do wytwarzania nowych związków z pierwiastków etnograficznych. Szczególnie jej zakłady przemysłowe spełniają tę rolę znakomicie. W nich nie jest rzadkością spotykać robotników z polskimi nazwiskami (Sobierajski, Jozefowicz, Sobocki) lecz zgermanizowanych. Korespondent Kuriera warsz. – kontynuował stołeczny tygodnik – poznał najemnika Polaka, który się dawniej zwał Ciesielskim, a dziś dla łatwiejszego pozyskania zajęcia, przemienił to nazwisko na – Zimmermanna. < > przebudził się w biedaku…"[7].

 

Fenomenem społecznym wyjątkowym na tle Królestwa było wytworzenie się u części mieszkańców Łodzi odrębnej, oryginalnej tożsamości kulturowej. Dla grupy tej pojęcie „Łódź” oznaczało zdecydowanie coś więcej, niż „mała ojczyzna”.

 

Opis tego niezwykłego fenomenu spotykamy w zamieszczonej w „Przeglądzie Tygodniowym” korespondencji pióra Antoniego Wiśniewskiego. Autor ten, były sekretarz redakcji „Dziennika Łódzkiego”, w wyjątkowo sugestywny sposób charakteryzował sporą część łodzian:

"Jeżeli w Warszawie i innych miastach naszego kraju prawie zawsze można jasno określić, czy dane indywiduum jest Polakiem, czy Niemcem, w Łodzi bardzo często bywa to rzeczą trudną. Oto np. p. A. zapytany o narodowość, powiada, ze jest Polakiem, prenumeruje nawet pismo polskie, mówi dobrze po polsku, w cukierni obok niemieckich czytuje i polskie pisma, a mimo to w domu u siebie mówi po niemiecku, w tym samym języku przemawia na wszystkich zebraniach publicznych, w nim prowadzi swe księgi handlowe i korespondencję, do kościoła chodzi na kazania niemieckie, w domu ma jedno z miejscowych pism niemieckich i przynajmniej jedno zagraniczne, pismo polskie zaś trzyma jedynie miejscowe, warszawskiego zaś nie zobaczycie u niego. Rozgniewawszy się na pismo polskie, zacznie na nie wymyślać i stawiać mu za wzór oba dzienniki niemieckie, gdy zaś z tymi zadrze, dziwi się istnieniu tutaj tych <> gazet. Rozmowę z każdym zaczyna w języku niemieckim, chyba że wie, iż tamten tego nie lubi. Takich osobników znajdziecie w Łodzi tysiącami i podczas gdy jedni uważają ich za Polaków, drudzy zaliczają ich do Niemców, co się zaś mnie tyczy, należę do tych drugich, przy czym dla bliższego określenia charakteru tego rodzaju osobników, nazywam ich łodzianami"[8].

 

Ów fenomen wielokulturowości przyczynił się do kształtowania wyobrażenia łodzian jako kosmopolitów, ludzi indyferentnych narodowo. Jak pisano na początku wieku: ta lub inna (narodowość – K. Ś.) ma znaczenie o tyle tylko, o ile jest potrzebnym dla interesu. Takie wyobrażenie odnosi się wprost do posiadającego już szeroką literaturę pojęcia Lodzermensch, którym posługiwał się już w 1895 roku Adolf Starkman, autor poświęconej miastu broszury pt.: Łódź i łodzianie; zaś wśród szerokiej publiczności zostało rozpropagowane za sprawą słynnej powieści Władysława Reymonta.

 

Po premierze „Ziemi obiecanej” słowo to szybko przedostało się do stołecznej prasy codziennej. W 1898 roku dziennikarz Antoni Sygietyński, współpracownik „Kuriera Warszawskiego”, definiował typowego Lodzermenscha w następujący sposób: "Zaiste, typ to szczególny, jakkolwiek w Łodzi i pod Łodzią dość zwykły podobno, z mowy cynik potworny, z postępowania squatter amerykański, z wyznania protestant, z obyczajów Niemiec, z kultury Polak. Dziwna mieszanina – to prawda, lecz kto wie, czy Łódź z czasem nie będzie zbiorowiskiem tego typu właśnie"[9].

 

 

 

Termin Lodzermensch posiadał tak naprawdę dwa odrębne znaczenia. W pierwszym wypełniał w zasadzie skonstruowaną wiele lat wcześniej przez Wiśniewskiego definicję „łodzianina”, jako osoby, której nie sposób zakwalifikować do żadnej grupy narodowościowej. W tym też znaczeniu używał go publicysta Stefan Gorski, zawężając jednocześnie grupę „ludzi łódzkich” do potomków osadników niemieckich:

 

Łódź, mimo, iż nie stanowi ani kraju, ani państwa, posiada własną narodowość. Są to z niemiecka zwani lodzermensch. Pierwotną ich ojczyzną były Niemcy; dłuższe, od kilku pokoleń przebywanie w kraju naszym, przeobraziło ich patriotyzm germański, lecz nie pociągnęło do narodowości polskiej. Są to ludzie przeważnie bez zasad politycznych – ojczyznę znaleźli na gruncie łódzkim, tu zdobyli byt i stanowiska, przywiązali się do miasta i dzisiaj są bardzo patriotycznymi – lodzermenschami[10].

 

Pojęcie Lodzermenscha, gdy nie odnosiło się do podłoża narodowościowego, przybierało bowiem wydźwięk ironiczny, niekiedy pogardliwy, jako synonim negatywnych cech i postaw brutalnego egoizmu typowego przedstawiciela zamożniejszych warstw społeczeństwa Łodzi epoki burzliwego kapitalizmu[11]. W tym duchu definiował to pojęcie korespondent „Przeglądu Tygodniowego” Aleksander Mogilnicki:

 

"Co to jest Lodzermensch? Wyraz obcy, znaczy w dosłownym przekładzie „łódzki człowiek” – zyskał u nas prawo obywatelstwa na oznaczenie typowego karierowicza łódzkiego, który – gdyby w ogóle wiedział, co to jest poezja – mógłby powiedzieć o sobie słowami poety: „Wiarą mą pieniądz, dogmatem – kariera”(Daniłowski: „Pajace”). Wyraz ten tak się utarł w języku miejscowym, ze niektórzy piszą go nawet przez małe „l” i „sz” – lodzermensz. Zasadniczą cechą Lodzermensch’a jest brak wszelkich zasad etycznych. Cel uświęca środki, a celem jest zyskanie największej ilości pieniędzy. Praca od rana do późnej nocy, wyzyskiwanie ludzi i chwili, bezwzględna obojętność na to, co nie jest zyskiem – oto wszystko. Gdy umarł Wiktor Hugo, jeden z Lodzermensch’ów, dowiedziawszy się o tym, zapytał:„ A ile on zostawił?” Autentyczne"[12].

 

W tym też znaczeniu pojęcie to dotarło do Zagłębia Dąbrowskiego, gdzie – jak dowiedzieć się można dzięki „Prawdzie” – zostało odpowiednio zaadoptowane. „Kurier Sosnowiecki” miał bowiem użalać się, iż "w kręgach inteligencji fachowej powstają specjalne typy Lodzer i Sosnowicer – Menschów, typy dorobkiewiczów i karierowiczów, powstaje w całej swej ohydzie wegetacja, bezmyślność, beztreściwość życiowa"[13].

 

 

 

Jak zdają się zatem mówić przytoczone powyżej źródła, tygodniki warszawskie oraz publicyści z drugiej połowy XIX wieku patrzyli na skomplikowaną tożsamość łodzian przede wszystkim przez pryzmat polskości. Powątpiewając w możliwości asymilacji ludności niemieckiej i żydowskiej, skupiali swą energię na obronie rodzimej tożsamości narodowej W odniesieniu zaś do grupy ludności, charakteryzującej się indyferentyzmem narodowościowym, zwraca uwagę zespolenie jej specyficznej tożsamości kulturowej z typowo kapitalistycznym, drapieżnym i niezwykle skutecznym, lecz odrażającym moralnie sposobem postępowania.

 



[1]A. Barszczewska-Krupa, P. Samuś, Życie polityczno-społeczne, [w:] Łódź. Dzieje miasta, t. 1, Warszawa-Łódź 1988 , s. 399-400.

[2]Ibidem.

[3] T. Kizwalter, "Nowatorstwo i rutyny": społeczeństwo polskie zaboru rosyjskiego wobec modernizacji (1840-1863), Warszawa 1990, s. 93-94.

[4] A. Szwarc, Inteligencja warszawska i prowincjonalna lat popowstaniowych (próba sondażu), [w:] Inteligencja polska XIX i XX wieku, t. 3, red. R. Czepulis-Rastenis, Warszawa 1893, s. 206-207.

[5] A. Pawłowski, Pierwiastek narodowy w naszym przemyśle, cz. I, „Prawda” 1882, nr 43, s., s. 510.

[6] A. Wiśniewski, Nasz program w Łodzi, „Głos” 1889, nr 8, s. 94

[7] Na widnokręgu, „Prawda” 1887, nr 29, s. 346.

[8] A. Wiśniewski, Łódź i łodzianie, cz. I, „Przegląd Tygodniowy” 1889, nr 6, s. 75.

[9] Znasz-li ten kraj, „Kurier Warszawski” 1898, nr 348, s. 2; cyt. za: K. Kołodziej, Między…, s. 229.

[10] S. Gorski, Łódź spółczesna. Obrazki i szkice publicystyczne, Łódź 1904, s. 21-22.

[11] P. Samuś, Łódź - Mała Ojczyzna Polaków, Niemców, Żydów, [w:] Polacy-Niemcy-Żydzi w Łodzi w XIX-XX w., Łódź 1998, s. 127.

[12] A. Mogilnicki, Z ognisk polskiego przemysłu, cz. III, „Przegląd Tygodniowy” 1902, nr 15, s. 197.

[13] Rachunki społeczne, „Prawda” 1903, nr 4, s. 39.

Komentarze (3)Add Comment

Napisz Komentarz
mniejsze | większe

busy
 

reklama google

reklama google