Wczytywanie strony... Proszę czekać...
Home arrow Historia arrow Zabobony znad ?ódki
Zabobony znad ?ódki Drukuj Wyślij znajomemu
Autor: Zofia Wawrzy?ska-Bartczak   
22.07.2008.
Digg!

Del.icio.us!

Technorati!

Wykop

Gwar

Różnego typu zabobony towarzyszyły ludzkości od zarania dziejów. Magia, czary, tajemne rytuały pozwalały „oswoić" te zjawiska, których nie sposób było objąć rozumem i wytłumaczyć w racjonalny sposób. Do pewnego stopnia pełniły więc rolę terapeutyczną, pomagając poskromić lęk przed nieznanym. Z drugiej jednak strony, powszechnym zjawiskiem wśród wielu ludów wszystkich kontynentów była żywa, a niekiedy trwająca po dziś dzień, wiara w możliwość wyrządzania zła przy pomocy czarów.

.
.
Męczarnie i śmierć czekały zwolenników kultów pogańskich i domniemanych czarowników. Ludy germańskie, które przejęły chrystianizm, połączyły w swych wierzeniach rodzime wątki z zabobonami rzymskimi, dorzucając dla równowagi garść tajemnych praktyk pochodzenia wschodniego i stworzyły pojęcie wspólniczki szatana - czarownicy. Osławione procesy czarownic rozpoczęły się na terenie frankońskiego państwa Merowingów już w okresie średniowiecza (VI-VIII w.n.e.), a na dobre rozpowszechniły na obszarze Niemiec w XV-XVII wieku, obejmując także inne kraje Europy Zachodniej. Gdy w XV wieku płonęły już stosy z nieszczęsnymi ofiarami zabobonów w całej niemal Europie, w Polsce jeszcze było o tym głucho. Dopiero na przełomie XVI i XVII wieku nowy rodzaj postępowania karnego - proces o czary - przywędrował na nadwiślańskie ziemie. Przy czym domniemane konszachty z diabłem nie podlegały już jurysdykcji kościelnej, lecz świeckiej, a procesy o czary, ustalone ściśle wedle wzorów niemieckich, odbywały się przed sądami miejskimi. Ponura atmosfera polowań na czarownice gęstniała szczególnie na tych terenach Polski, gdzie były większe skupiska ludności niemieckiej lub znaczące wpływy kultury germańskiej, a więc na Śląsku, Pomorzu Zachodnim i Ziemi Lubuskiej.

W pierwszej połowie XVII wieku dymy stosów osnuły już całą Wielkopolskę i Prusy Królewskie, zaś kilkadziesiąt lat później objęły też Mazowsze i, w mniejszym stopniu, Małopolskę. Region łódzki plasował się mniej więcej pośrodku czarnej statystyki. Odbywało się u nas mniej procesów niż w Wielkopolsce, za to Małopolskę zostawialiśmy daleko w tyle. Żniwo ponurego zabobonu było niemałe. Na terenie obecnego państwa polskiego zginęło około 20-40 tysięcy kobiet, posądzonych o spółkę z szatanem. Oddały swe życie na stosach lub w wyniku samosądów, po odbyciu wielorakich, przemyślnych prób, np. wody, ognia, łez, ważenia, nakłuwania i innych, jakie tylko przyszły do głowy pobożnym ziomkom. Powody pomówień o knowania z diabłem bywały rozmaite. Czasem wiązały się z niewyjaśnionymi zjawiskami atmosferycznymi (np. częste gradobicia, burze z piorunami lub susza), które jak nic musiała z zemsty „zamówić" jakaś opętana baba, czasem były odbiciem sporów sąsiedzkich i chęcią słodkiego odwetu, innym razem stanowiły rezultat waśni rodzinnych (częstokroć stanowiły próbę pozbycia się niewygodnej i nie całkiem już młodej żony), bywało zaś i tak, że smutny finał czekał niewiastę pragnącą zupełnie niewinnymi sztuczkami miłosnymi zwrócić na siebie uwagę kochasia niecnoty.

Czary miłosne stanowią dość barwny rozdział demonologii. Za ich sprawą można było zarówno wzbudzić żar uczuć, jak i sprowadzić na kochanków grad nieszczęść. Zacznijmy może od tych przyjemniejszych praktyk. Oto opis tajemnych rytuałów stosowanych przez czarownice, podany przez brata Rudolfa z klasztoru w Rudach Raciborskich: „Żeby [mężowie] je kochali, robią im na ramionach krzyż z wydzielin wspólnego stosunku płciowego. Swoją krew menstrualną dają im do pokarmu albo napoju. Przygotowują dla nich ciastka, do których mieszają włosy z całego ciała swojego i nieco krwi swojej (...). Zabijają kurę (...). Następnie jej serce zamieniają na proch i dają mężom do pokarmów. Podobnie postępują z krwią albo mięsem z gołębia. I wiele innych praktyk uprawiają, od których mężowie popadają w chorobę, a często umierają". W podanym wyżej opisie nie ma nic dziwnego, jeśli wziąć pod uwagę, że pochodzi prawdopodobnie z XVIII wieku. Jednak zdumiewające są podobnej treści doniesienia z naszego szacownego grodu, odnotowane przez Bohdana Baranowskiego w roku 1946 .

Autor badań przeczesywał wówczas środowisko znachorek i wróżek, często pochodzenia romskiego. Repertuar środków magicznych oferowany przez te wytrawne specjalistki od zaklęć miłosnych, służących zwabieniu w piernaty ukochanego, jako żywo przypominał średniowieczne zaklęcia i czary. Należało bowiem sporządzić wybrankowi smakowite jedzonko podprawione krwią własną (najlepiej, rzecz jasna, „księżycową"), a dla pewności, zaserwować na drugie danie serce z białego gołębia. Efekt podobno gwarantowany! Tego typu praktyki są, trzeba przyznać, dość krzepiące, gdyż sprzyjać mają połączeniu się dwojga ludzi. Gorzej, gdy działania opętanej złymi mocami niewiasty zmierzały do pokrzyżowania miłosnych planów kochanków. Do najokrutniejszej zemsty należałoby zaliczyć sprowadzenie na oblubienicę bezpłodności lub, co chyba jeszcze gorsze, uczynienie mężczyzny impotentem. By młodzian nie sprawdził się w alkowie, należało po prostu zawiązać supeł na sznurze lub tasiemce z jego odzieży. I nieszczęście gotowe! Wspomniany już wcześniej badacz, B. Baranowski, nadmienia, że w czasach całkiem nieodległych, bo 40 lat temu, pewien chłopak z podłódzkiej wsi skarżył się lekarzowi, że przyczyną jego impotencji są czary złej sąsiadki.

Nieszczęsny młodzian nie pozostał jednak bierny i ze swej przypadłości leczył się sumiennie, oddając mocz na miotłę brzozową. Niestety bez spodziewanego rezultatu. Z dziennikarskiego obowiązku dodam jeszcze, że także onanizm był karą sprowadzaną na wiarołomnego amanta za niedotrzymanie dawanych wcześniej obietnic. Oczywiście i za tymi praktykami kryje się podstępna działalność czarownic.

Z przytoczonych wyżej przykładów wysnuć by można wniosek, że wszystkie niecne czyny były dziełem rąk niewieścich. Nie jest to jednak zgodne z prawdą, bowiem wiele psikusów i naprawdę podłych knowań było skutkiem szatańskich sztuczek. Co ciekawe, do dziś pokutuje błędny pogląd, że całe rzesze diabłów i diablików, zaludniających polskie ziemie, wywodzi się z prastarych, słowiańskich wierzeń ludowych. Tymczasem, wiara w piekło i diabły pojawiła się dopiero w okresie przyjęcia chrześcijaństwa. Sam wizerunek kusiciela nie był jednolity we wszystkich krajach Europy. Składały się nań różne elementy lokalnych tradycji, oficjalnych poglądów Kościoła, a także fantazja pisarzy i malarzy - autorów najpopularniejszych portretów wysłannika piekieł. Co interesujące, poszczególne narody chętnie widziały diabła w postaci nie lubianego sąsiada. I tak: ludowy diabeł angielski był chudym Francuzem, zaś diabeł francuski przybierał postać angielskiego gentlemana, z kolei Lapończyk widział złego, ubranego w szwedzki mundur.

Ukraiński chłop wyobrażał sobie czarta wystrojonego w kontusz lub żupan polskiego szlachcica, a w późniejszym wydaniu - w surdut polskiego ziemianina z XIX wieku. Natomiast diabeł ludu polskiego często przybierał postać Niemca. Elementami wspólnymi wszystkich tych wyobrażeń były rogi, ogon i końskie kopyta. Także niektóre polskie nazwy szatana były przeróbką terminologii niemieckiej (np. Koffel zamiast Saufteuffel), ale w większości miały rodzime pochodzenie: Rozwod, Latawiec, Smołka, Kozyra, Gajda, Ruszaj, Bież, Rozbój, Bierka, Dymek, Pożar, Wicher, Węsad, Szczebiot, Odmieniec, Wilkołak, Dyngus, Kiczka, Muchawiec, Czerniec, Bajor, Czeczot, Smolisz czy Berut. To ostatnie imię sugeruje, że chodzi tu o osławionego władcę błot łęczyckich - Borutę. Protokoły procesów czarownic z XVII i XVIII wieku rzucają wiele światła na ówczesne wyobrażenia postaci diabła.

Torturowane kobiety opowiadały o mieszkańcach piekieł wszystko, co usłyszały w swoim otoczeniu. Odmalowany przez nie wizerunek szatana różnił się dość znacznie od tego, który przedstawiała literatura piękna czy teologiczna. Z pewnością można wyodrębnić kilka typów mieszkańców podziemi - są to diabły szlacheckie, niemieckie, chłopskie i całe zastępy pośledniejszego gatunku diabełków i diablików. Najczęściej występowały w niemieckim przyodziewku. W końcu XIX wieku, w kaliskiem i sieradzkiem wyobrażano sobie czarta jako mężczyznę w czerwonym fraku i kapeluszu na głowie. Niekiedy frak bywał zastępowany surdutem, a zwykły kapelusz - cylindrem. Boruta, natomiast, nosił dawny strój szlachecki. Był on najbardziej osławionym biesem Ziemi Łęczyckiej. Jego rodowód jest dość niejasny. Prawdopodobnie wywodzi się z dawnych, przedchrześcijańskich demonów leśnych, zaś nazwę swą wziął od boru, choć chętnie włóczył się też po błotach i bagnach, okalających gród.

Innym diabłem, którego wspomnienie zachowało się w pamięci ludu, jest Rokita. Upodobał on sobie szczególnie okolice Łodzi. Spotkać go można było na bagnach i łąkach. Jak głoszą echa wspomnień, przekazywanych przez mieszkańców dawnego powiatu wieluńskiego i łaskiego, diabeł ten, podobnie jak Boruta, był wysoko postawiony w hierarchii piekielnej. Na naszym terenie grasował jeszcze jeden wysłannik piekieł. Był nim niejaki Rogaliński. Nie mógł się już pochwalić tak świetnym rodowodem, jak jego dwaj kompani - Boruta i Rokita. Ciekawą sprawą jest natomiast jego nazwisko, które po prostu oznacza diabła, a którego ludność używała zamiennie, by nie kusić licha przy wymawianiu słowa „diabeł'. Pojawiał się on często w zeznaniach torturowanych czarownic. Wszystkie te biesy budziły powszechny przestrach, toteż bogobojni obywatele wyposażeni byli w cały arsenał środków odpędzających złe moce.

Do najpowszechniej używanych należały: święcona woda, pobożne napisy, czynienie znaku krzyża, ale także sól, czy też specjalne laski odpychające piekielne istoty, używane w regionie łęczyckim, kaliskim i wieluńskim jeszcze w drugiej połowie XX wieku. W mniemaniu łodzian, diabeł najbardziej bał się piorunów, które były go w stanie unicestwić. W robotniczym środowisku XIX-wiecznej Łodzi krążyło kilka co najmniej opowiadań o mękach piekielnych, które spotkają każdego, kto nie prowadzi pobożnego życia.

Toteż osoby rzekomo szkodzące innym za sprawą sił nieczystych spotykała surowa kara. Pierwsi chrześcijanie, którym stawiano zarzut uprawiania czarów, padali ofiarą krwawych prześladowań. Gdy z kolei nowa religia stała się panującą, dawne przepisy prawne posłużyły do poskramiania ich przeciwników. Swego czasu głośno było o nieuczciwym kupcu - Niemcu, który nie doważał produktów sprzedawanych swoim klientom. Po śmierci dusza przebiegłego handlarza nie mogła znaleźć ukojenia. Duch zmarłego nawiedził więc syna, błagając go o zadośćuczynienie oszukanym ludziom. Początkowo syn nie chciał dać wiary nocnym zmorom, gdy jednak upiorne wizyty powtarzały się coraz częściej, postanowił spełnić prośbę pokutującego ojca. Jak wieść gminna niesie, długo jeszcze rozwoził specjalnie wynajętym wozem niedoważone worki z mąką, kaszą, cukrem i innymi produktami. Specjalny arsenał diabelskich sztuczek czekał również niewierne małżonki. Gdy grzesznice przebrały już wszelką miarę, a mężowskie rogi nie mieściły się w drzwiach, w życiu wiarołomnej niewiasty pojawiał się znienacka dziwny przybysz.

Był to sam bies, który występował wtedy w roli urodziwego młodzieńca (mógł przybierać dowolną postać, np. oficera, żołnierza, studenta, parobka, czy choćby wędrownego przekupnia). W kulminacyjnym punkcie zalotów, gdy już-już miało dojść do zdrady, diabeł ujawniał się i wymierzał należną karę. Mógł zesłać na niewierną żonę wszelkie plagi, wypalić jej diabelskie piętno lub też wygolić intymne okolice czartowską brzytwą, co ponoć było zabiegiem specjalnie bolesnym, wreszcie - w szczególnie drastycznych przypadkach - porwać niewiastę do piekła. Najostrzej czart obchodził się z kobietami, które dokonały zabiegu przerwania ciąży lub dopuściły się dzieciobójstwa. Świadczyć o tym może pieśń ludowa, zanotowana przez Kolberga w drugiej połowie XIX wieku w Kazimierzu nad Nerem, w okolicach Łodzi:

 

„A w niedzielę od rana
szła dziewczyna do siana.
I nalazła złotą nić,
zacęna z nij wionki wić.
Przysed do nij młodzieniec
i prosił ji o wieniec.
Ach, boś to ty młodzieniec,
tylko z piekła nasłaniec.
Po cem'eś mnie poznała,
żeś mnie z piekła nazwała?
A i tyś nie dziewecka,
pięcior dziecom matecka.
Pirse leży pod łóżkiem,
przytrząśnięte barłóżkiem.
Drugie leży pod gruśką,
przyciśnięte poduśką.
Trzecie leży pod ławką,
odziałaś je murawką.
Czwarteś świniom skarmiła,
Piąte w ogień wrzuciła.
I przyniós ją do piekła
i zapukał do okna.
Jedno stoi zdala drzwi
i opływa w carnej krwi.
Drugie stoi pod drzwiami
i zalewa się łzami.
Trzecie smutne pod progiem,
Ocy zwraca ku smole.
Czwarte jęcy, cóż dziecku?
Ocy zwraca ku dziegciu.
Posadził ją na stole
dał ij dziegciu i smoły" .


Osobny rozdział stanowią demony młodokapitalistycznej, XIX-wiecznej Łodzi. Wtedy to właśnie rozkwitały fortuny zdolnych przedsiębiorców, a rody fabrykanckie rosły w potęgę. Równocześnie do miasta napływała w poszukiwaniu zarobku fala przybyszów z okolicznych wsi i miasteczek, niosąc ze sobą wielopokoleniową pamięć tradycji, wierzeń i zabobonów ludowych. Zderzenie kultur i zupełnie różnych światów stanowiło mieszankę wybuchową, która dała owoce w postaci specyficznych miejsko-wiejskich przesądów. Doskonałą pożywkę do tworzenia opowieści niesamowitych, dawały niebotyczne fortuny łódzkich przemysłowców. Najbardziej rozpowszechnioną była pogłoska o spółce z diabłem znanego fabrykanta, Karola Scheiblera. Należał on do najwybitniejszych pionierów przemysłu włókienniczego na gruncie łódzkim, któremu udało się stworzyć prawdziwe imperium przemysłowe. Ten przybyły z Nadrenii „bawełniany potentat" swój sukces zawdzięczał własnej, ciężkiej, niezmordowanej pracy, sprytowi i zdolnościom przewidywania. I mimo iż budując swe imperium nie zapomniał też o swoich pracownikach (założył szpital fabryczny, przytułek, szkoły, zorganizował kasę emerytalną), jego majątek i pozycja budziły powszechną zazdrość wśród robotników. Tym zapewne należy tłumaczyć krążące wśród ludzi „opowieści z dreszczykiem" o źródłach powodzenia Scheiblera.

Jedna z anegdot opowiadała o Niemcu, który przybył do Polski wioząc cały swój lichy dobytek na wózku zaprzężonym w dwa psy. Ponieważ wszelkie wysiłki przybysza, zmierzające do polepszenia swej sytuacji nie przynosiły spodziewanych efektów, a Scheibler (bo tak się nazywał ów tajemniczy nieznajomy) znajdował się w skrajnej nędzy, pewnego dnia poszedł do lasu, by tam się powiesić. Po drodze jednak spotkał diabła, który zaproponował mu sprzedanie swej duszy, na co desperat ochoczo przystał. Wtedy zły los się odwrócił. Według innej wersji, na Księżym Młynie stała lepianka, gdzie Scheibler na poddaszu odnajmował maleńką izdebkę i tam, na jego wezwanie, drogą przez komin, zjawił się czart. Jeszcze inna wersja głosi, że zaprzedanie diabłu duszy nastąpiło jeszcze w Niemczech. Jednak bies, żywiąc sympatię do bliskich mu strojem i zwyczajami mieszkańców nadreńskich okolic, postanowił wysłać świeżo pozyskaną duszyczkę do Łodzi, by tam dała się we znaki biednym robotnikom. Oczywiście, w wyniku paktu, Scheibler znacznie się wzbogacił, a oprócz „żywej" gotówki zagwarantował sobie, że ilekroć w jego fabryce obróci się wielkie koło zamachowe, tylekroć do jego kiesy spadnie 1 rubel. Kolejny wariant przekazywanych z ust do ust rewelacji mówi o tajnych schadzkach Scheiblera z diabłem na wieży fabrycznej, na którą nie wolno było nikomu wchodzić. Jednak pewnego razu zakradł się tam pewien spryciarz-robotnik, który podsłuchał tajemną rozmowę, a na dodatek był świadkiem „cuchnącej" transakcji. Polegać ona miała na tym, że w zamian za wręczoną przez biesa sumę 100 tysięcy rubli, Scheibler zobowiązywał się do okrutnego dręczenia robotników, by łatwiej mogli oni paść ofiarą władcy piekieł. Otrzymane pieniądze Scheibler skrzętnie poupychał po kieszeniach, ale że był kulawy, potknął się na schodach, a cenna zawartość rozsypała się. Jednak bystry robociarz pozbierał lśniące dziesięciorublówki, które jeszcze były gorące od piekielnego żaru. Jednak polane wodą święconą, szybko ostygły. Skrzywdzeni przez przemysłowca pracownicy rozpowszechniali również opowieść o tym, że chcąc się przypodobać panu piekieł, Scheibler okazywał szczególną bezwzględność wobec wdówi sierot. Sam podobno uczestniczył w eksmitowaniu rodzin zmarłych robotników lub kalek, którzy stracili zdrowie w jego fabryce. W tych ponurych czynnościach towarzyszył mu zawsze chudy Niemiec o złej twarzy, nigdy nie zdejmujący kapelusza, ani rękawiczek, by nie pokazywać swych rogów i pazurów. Słysząc płacz i lamenty wyrzucanych na bruk nieszczęśników, obaj zaśmiewali się złowrogim, diabelskim chichotem. Niektórzy robotnicy uważali samego Scheiblera za diabła. Wszak był on kulawy, co w oczywisty sposób tłumaczono tym, że zamiast jednej stopy ma kopyto. Podobno fabrykant słysząc te plotki wściekał się ze złości, zaś pewnego razu, gdy przechodził przez halę fabryczną i zauważył, że robotnicy ciekawie przyglądają się jego kalectwu, postanowił ostatecznie rozwiać ich podejrzenia. Usiadłszy na skrzyni, nakazał jednemu z pracowników, by ten rozsznurował mu buty, a wszystkim gapiom zaprezentował może nie najpiękniejsze wprawdzie, ale z pewnością ludzkie nogi.

Jeszcze inne pogłoski mówią o tym, że Scheibler po swojej śmierci często odwiedzał fabrykę, przechadzając się po niej pod postacią diabła. Miał też jakoby namawiać jednego z dozorców, by i ten zaprzedał swą duszę w zamian za obietnicę zbudowania jeszcze większego imperium. Jednak po uczynieniu przez pobożnego człeczynę znaku krzyża, złowróżbna mara znikła. Podobne legendy krążyły również wokół innych znanych postaci świata łódzkiej finansjery. Stosunkowo wiele podań dotyczyło Grohmanna (nie wiadomo tylko, o którego z członków rodu chodziło). Zapewne istotne tu było nie tyle konkretne nazwisko, a jedynie pewien archetyp potentata, czego dowodem może być opowieść o anonimowym fabrykancie, który nie chcąc zadośćuczynić robotnikowi okaleczonemu w jego fabryce, sam stracił życie za sprawą mocy piekielnych. Tym samym zbiorowemu poczuciu sprawiedliwości społecznej stało się zadość.

 

Komentarze (3)Add Comment

Napisz Komentarz
mniejsze | większe

busy
 

reklama google

reklama google