Od dawna wiadomo, że Azjaci mają wyjątkowy talent i serce do wykonywania dzieł Chopina, a popularność wśród nich muzyki polskiego kompozytora jest porównywalna z gatunkami rozrywkowymi.
- Nie ważne czy lubi się muzykę poważną, Chopina zawsze się lubi - twierdzi Lang Lang, który wiele się nauczył podczas pracy nad jego utworami. I Koncert fortepianowy e-moll był pierwszym
koncertem wykonanym przez jeszcze 13-letniego Lang Langa, i pewnie był on wówczas za młody, by w pełni zrozumieć emocję, które zawarł w utworze Chopin doświadczony nieodwzajemnioną
miłością.
Dziś Lang Lang jest artystą dojrzałym i wykonując Koncert e-moll wyraźnie skraca dystans między dziełem a słuchaczem, w takim stopniu, że czujemy niemal przekraczanie bariery czyjejś
intymności. Pianista perfekcyjnie uchwycił nastrój i pastelowy koloryt Allegro maestoso, jak i jedwabiste brzmienie części drugiej, skupiając się na wydobyciu z każdej frazy poetyki
charakterystycznej dla muzyki kompozytora. Zawieszenie w partii fortepianu w części drugiej kumuluje w sobie ogromne natężenie emocjonalne, bez wykorzystania podniesionego wolumenu brzmienia,
w czym objawia się mistrzostwo melodyki Chopina. Lang Lang podkreślił to podskórne napięcie, jednocześnie czule wygrywając każdy, unoszący się w powietrzu dźwięk. Jedno, co można by zarzucić,
to balans na krawędzi muzyki romantycznej, za którą liryczny temat zaczyna być kojarzony z melodią piosenki popowej - granicy, do której Lang Lang niebezpiecznie się zbliżał.
Skupienie na twarzy pianisty przez dwie pierwsze części ustąpiło radosnemu wyrazowi przy pierwszych dźwiękach Rondo. Refren w wykonaniu chińskiego pianisty zabrzmiał błyskotliwie i z
lekkością. Podczas gry Lang Lang jest jak czysta karta, wszystkie odczuwane przez niego emocje mają swój wyraz w języku ciała. Gesty, mimika twarzy są nieodzowną częścią kreacji scenicznych,
dla jednych szczere, przez innych traktowane jako show dla potrzeb publiczności. Kontakt Lang Langa z fortepianem jest tak ścisły, że niemal symbiotyczny, przez co w sposób absolutny panuje
nad dźwiękiem, i dzięki temu jego gra przekonuje.
Orkiestra Filharmonii Łódzkiej pod batutą Daniela Raiskina stanowiła tło dla solisty i umiejętnie za nim podążała. Najtrudniejsze wydawało się dostosowanie do ogromnej skali
dynamicznej, jaką dysponował pianista, szczególnie w kierunku ekstremalnie cichych, zanikających dźwięków. Niestety, waltornie wyraźnie nie były tego wieczoru w formie, co szczególnie raziło
w części drugiej, ale także w wykonywanej po przerwie V Symfonii cis-moll Gustawa Mahlera. Kompozytor uwielbiał znacznie poszerzone składy instrumentalne i duże formy. Rozumiem dlaczego dziś
wykonuje się jego dzieła z równą ochotą, z jaką je wówczas krytykowano - dla orkiestry są próbą sił, z której nie zawsze wychodzi się zwycięsko. Należy docenić wysiłek fizyczny jaki włożyli
zarówno muzycy i dyrygent w wykonanie dzieła trudnego kondycyjnie, i choć niektóre fragmenty wypadły bardzo dobrze, szczególnie potężny finał, to jednak zachwytu z mojej strony nie
było.