Wczytywanie strony... Proszę czekać...
Home arrow Prasówka arrow Ach, ta ?ód?...
Ach, ta ?ód?... Drukuj Wyślij znajomemu
30.11.2007.
Digg!

Del.icio.us!

Technorati!

Wykop

Gwar

Przyjeżdżałem do Grandki o pierwszej w nocy. Prostytutki w Malinowej mówiły: "Jureczek jest, trzeba się zwijać"- wspomina Jerzy Stuhr.

Książka, którą promuje Pan w Łodzi to prezent na 60. urodziny. Zamknął Pan nią jakiś etap w życiu?
Jerzy Stuhr: -Tak jak poprzednie dwie książki, ta sumuje moje poglądy na świat, dekadę pracy jako pedagoga. Zawiera wiele przemyśleń na temat filmu. Niektóre jej fragmenty mogą służyć za podręcznik dla adeptów reżyserii filmowej. Choćby to jest dla mnie ważne.

Słowo klucz w książce to "ucieczka". Ucieka Pan do przodu przed sukcesem, ale kilka razy musiał Pan uciekać przed maskami, jakie narzucały role. Najpierw w kinie moralnego niepokoju, potem w komediach. Czy teraz znów musi Pan przed czymś uciec?
Ucieczka daje mi energię, zmusza do poszukiwań. Uciekam ciągle do czegoś nowego, na przykład po to, by nie upoić się nagrodami. Teraz ciągnie mnie w stronę, którą nazywam roboczo "Andrzej Munk". Czuję, że ten reżyser miał na mnie wielki wpływ, którego ja ciągle unikam. Wszedłem w inne rejony - psychologicznych, moralnych opowiastek. Ale czuję, że jego filmy nicujące polską historię, to mój niewykorzystany żywioł.

Podczas Camerimage odbierze Pan nagrodę za całokształt twórczości. Jednak na festiwalu jest Pan pierwszy raz...
-Zapraszano mnie w przeszłości, ale ja nie lubię się pokazywać wyłącznie dekoracyjnie. W tym roku mój "Korowód" startuje w konkursie. Dlatego przyjechałem. Ten festiwal jest światowym wydarzeniem. Dzięki niemu dla operatorów Łódź to święte słowo. Miałem być jurorem w Turynie. Zrezygnowałem, by tu przyjechać. Gdy tam usłyszeli dlaczego, powiedzieli: "Przepraszamy, nie ma sprawy".

W książce są pięknie fragmenty o miastach, w których Pan mieszkał i pracował. Łódź wspomina Pan równie pięknie?
Ach ta Łódź... Spędziłem tu pół życia. Wzruszyłem się, gdy w hotelu Grand otwierali apartament mojego imienia. Grand to przecież moja młodość. Przyjeżdżałem zawsze o pierwszej w nocy po spektaklu w Krakowie. Prostytutki w Malinowej mówiły: " O Jureczek jest, trzeba się zwijać". A ja pytałem portiera: "Czy u pani Beaty Tyszkiewicz jest jeszcze towarzystwo?" Jeszcze wcześniej był hotel Mazowiecki - wylęgarnia najlepszych pomysłów kina moralnego niepokoju. Popłakałem się za to, gdy kiedyś szedłem przez wymarłą wytwórnię. Ale nagle gdzieś w kącie wypatrzyłem czajnik, w którym siedziałem w "Kingsajzie". Wzruszyłem się.

 

 

Komentarze (0)Add Comment

Napisz Komentarz
mniejsze | większe

busy
 

BLOGI O ?ODZI