O Księdze było głośno na długo przed jej wydaniem. Mówiono o niej dużo, a obiecywano sobie po niej jeszcze więcej. Do tej pory temat łódzkich fabryk nie był należycie zaprezentowany. Wydano co
prawda Leksykon łódzkich fabryk i Stare fabryki Łodzi w tzw. brązowej serii Towarzystwa Opieki nad Zabytkami, ale była to kropla w morzu potrzeb. Brakowało wciąż publikacji obszerniejszej,
bardziej szczegółowej, a jednocześnie syntetycznej i napisanej przystępnym językiem. Oczekiwania były ogromne, czytelnicy wygłodniali a i czas naglił, bo coraz więcej łódzkich fabryk znikało z
powierzchni ziemi. Fakt, że w trakcie przygotowania Księgi (lata 2006-09) znikło w Łodzi co najmniej 10 przedstawionych w niej fabryk jest nader wymowny. I oto jest. Doczekaliśmy się. Co więc
ostatecznie otrzymaliśmy?
fot. Paweł Justyna
Księga jest przepiękna. Już pierwszy rzut oka
upewnia nas, że mamy do czynienia z edytorskim majstersztykiem. Twarda oprawa (standard), całość zszyta, doskonały papier, czytelny skład i dużo, dużo zdjęć, zarówno tych aktualnych jak i
archiwalnych. Na deser jeszcze jest materiałowa zakładka, bo wydawca słusznie założył, że nie da się całości przeczytać za jednym posiedzeniem i że czytelnik będzie chciał sobie zaznaczyć
miejsce ostatniej lektury
Zanim jednak przejdę do oceny samej treści, musimy sobie wyjaśnić jedną rzecz - czym Księga jest, a czym nie jest. Księga nie jest architektoniczną rozprawą - wszyscy ci, którzy oczekują
omówienia cech poszczególnych budynków, opisów naszpikowanych danymi technicznymi czy rysunków projektów budynków nie mają tu dla siebie czego szukać. Księga powstała dla kogoś innego, kogoś,
kogo bardziej interesuje podróż śladami właścicieli fabryk, ludzi, którzy budowali i kształtowali Łódź przez dziesięciolecia poprzedzające wybuch II wojny światowej. Więcej dowiemy się o
osobach fabrykantów niż o samych budynkach, co jest bezcenne, bo autorzy nie tylko wspominają o postaciach takich jak Scheibler, Poznański, Geyer czy Grohman, ale wyciągają z mroków niepamięci,
mniej znanych przemysłowców. To o nich jest ta Księga i to oni są jej prawdziwymi bohaterami
Układ Księgi jest czytelny - fabryki ułożono alfabetycznie ulicami, w obrębie ulic numerami. Przedstawionych w Księdze fabryk jest mnóstwo, a i tak nie opisano wszystkich. O istnieniu części
wymienionych nie miałem nawet pojęcia, mimo tego, że uważam się za nieźle zorientowanego w temacie. Choćby jako sam spis fabryk Księga jest wartościowa - a przecież dostajemy znacznie więcej
Każdy biogram (o ile tak można nazwać opis fabryki) zaopatrzony jest w zdjęcie (lub zdjęcia) dzisiejsze, zdjęcie archiwalne (o ile to oczywiście możliwe), czasem w formie winiety reklamowej z
epoki, a nawet zdjęcia właścicieli, co jest tym cenniejsze, że zbliża czytelnika do tych ludzi. To już nie są martwe nazwiska, to są żywi ludzie z krwi i kości, którym możemy spojrzeć w twarz.
Wcześniejsze publikacje porządkujące tematykę łódzkich fabryk były raczej suchymi zestawieniami, których czytanie nie sprawiało przyjemności. W Księdze jest inaczej - każdy biogram opatrzony
jest krótką anegdotą pióra Ryszarda Bonisławskiego albo Macieja Janika, która pozwala spojrzeć na dzieje fabryki innym okiem. Nie ma suchego "zbudowano w danym roku , zatrudniono tyle i tyle
robotników, właścicielem był ten i ten". Nic z tego - opisy są barwne i żywe, wciągające czytelnika. Czasem aż się żałuje, że nie są bardziej rozbudowane - ale wtedy Księga musiałaby być dwa
razy grubsza
Osobnym tematem są zdjęcia Jacka Kusińskiego, stanowiące główną część Księgi. Jak wiadomo, tysiąc słów nie odda tego, co jedno zdjęcie. Pod tym względem Księga nie zawodzi. Zdjęcia kadrowane są
przeróżne - z poziomu gruntu, z lotu ptaka, panoramy, pojawiają się też ujęcia detalu. Tutaj genialne w swojej prostocie ułatwienie - każdy biogram fabryki wyposażony jest w zdjęcie z lotu
ptaka z naniesionymi granicami działki danego fabrykanta. Rozwiązanie banalne, ale nikt wcześniej na to nie wpadł! Dzięki niemu od razu możemy ocenić, jak wielki był kompleks, ile budynków
obejmował, a często od razu porównać z zachowanymi zdjęciami archiwalnymi i ocenić poczynione z biegiem lat szkody. Niby nic, a cieszy niezmiernie!
Po tym morzu miodu łyżeczka dziegciu - Księga nie jest tania. Kosztuje sporo i nawet na rynku antykwarycznym przebija cenę 100 zł. Ale za jakość trzeba zapłacić i w tym wypadku nie można
żałować ani jednej wydanej na Księgę złotówki. Drugim mankamentem, już wspomnianym wyżej, jest brak niektórych fabryk, m.in. Pafino z narożnika Kilińskiego i Dąbrowskiego. Ale znów - znacznie
łatwiej wymienić te, których nie ujęto w treści niż te, które się w Księdze znalazły. Brakuje też zestawienia, które budynki z danego kompleksu ocalały, a które nie. Kolejną kwestią jest
wykluczenie fabryk powstałych po 1945, z których niektóre zasługują na wspomnienie, chociażby ze względu na ciekawą architektonicznie formę. Zdaję sobie sprawę, że niewiele osób postrzega te
relatywnie "nowe" fabryki w tym kontekście historycznej zabudowy, ale musimy się zmierzyć z tym faktem prędzej czy później. Skoro dbamy o kompleks Scheiblera, to będziemy musieli kiedyś zadbać
o kompleks Feniksa - w końcu to też nasza historia!
Warto Księgę mieć. Warto ją przeczytać, obejrzeć zawarte w niej zdjęcia i zastanowić się nad losem naszego fabrycznego miasta. Warto do niej jak najczęściej wracać. Warto wydać na nią nawet
ostatnie pieniądze, bo to pozycja unikalna, do której będą sięgać także nasze wnuki. Będą sięgać i patrzeć na to, czego my nie daliśmy rady uratować - jak Lentę, która spłonęła niedługo po
wydaniu się Księgi, a została rozebrana w trakcie pisania tej recenzji.
"Księga Fabryk Łodzi' otrzymała nagrodę Złoty Ekslibris w kategorii najlepsze wydawnictwo albumowe o Łodzi za rok 2009.